poniedziałek, 20 października 2008

Się

To jest takie straszne i smutne zarazem, że ludzie w gruncie rzeczy nie myślą. Nawet tacy w sumie w miarę inteligentni.

Dlaczego? Bo "się". To znaczy większość ludzi przyjmuje wszystko jak leci, co ma etykietkę "się": się gdzieś chodzi, się coś robi, się coś pije, się coś je, się jakoś bawi, się jakoś myśli... To coś więcej, niż podążanie za tłumem, bo jednostki buntownicze również potrafią hołdować "się". Kwestia raczej dotyczy tego, jakie są źródła zachowania człowieka. Bo można podążać za "się" nawet jeśli bodźcem do takiego kopiowania zachowań będzie jedna osoba. W gruncie rzeczy ludzie nie zastanawiają się nad tym, czy takie czy inne zachowanie, styl życia, nawyki im odpowiadają - po prostu przyjmują je jak oczywistość. A jakie fajerwerki się dzieją kiedy tacy regularni łykacze "się" spotkają kogoś, kto nie łyka tego, co oni! To dopiero... No, ale może kilka przykładów z życia.

Studniówka. Mogło by się wydawać - prozaiczna sprawa, ale ile kontrowersji! Bo wiadomo, że na studniówkę się idzie... No właśnie - jak to wiadomo? Ja tam nie wiem. Rzecz mnie nie pociąga, to po co mi, więc nie idę. I zgrzyt, bo przecież się idzie na studniówkę, zawsze. Ten zgrzyt to głównie takie zaskoczenie tych, co się w "się" rozpuścili - to taka reakcja będąca połączeniem zdziwienia, oburzenia, świętego gniewu, zawodu i niepewności czy zaraz wszechświat się nie zawali od tego zachwiania w jego Się-Równowadze. Wielu ludziom się w głowach nie mieści, że pewne rzeczy nie wszyscy muszą, nie wszyscy chcą i że nic w tym fakcie dziwnego. Podobnie do tej studniówki jest z weselem bez alkoholu, nieświętowaniem urodzin, niepodniecaniem się piłką nożną i tym podobne.

Ludzie uwielbiają sobie konstruować świat w oparciu o pewne nienaruszalne sacrum zwyczajów, tradycji, ustalonych oczywistości - czyli w oparciu o "się". Jeśli ktoś przeciwko tej konstrukcji występuje, powstaje w nich wrażenie ataku i można pomyśleć, że po prostu budzą się w tym momencie dochodząc do wniosku, że ten ich kruchy Się-Świat nie jest oparty o to, do czego zdecydowanie doszli, ale o to, co przyjęli bezmyślnie. Rzeczy, których źródło znajduje się w naszych przemyśleniach i decyzjach, można bronić, ale czegoś co nam wciśnięto bez oporów - nie bardzo. A jednak masa członków szczególnie naszego, polskiego społeczeństwa (które jest na "się" niesamowicie podatne) woli bezpieczne kopiowanie poglądów i zachowań.

Myślę, że warto podkreślić, żeby nie brać sobie do serca w tym temacie słowa "tradycja", które padło. Kopiowane poglądy nie muszą być tradycyjne - np. wiele kobiet popiera jakąś formę feminizmu, bo się tak przyjęło, że nowoczesna kobieta to jest niezależna i w ogóle może być równie dobrym mężczyzną jak mężczyzna. I w takie rzeczy też można wsiąknąć. (wsięknąć) W gruncie rzeczy ciemnogród niekoniecznie zależy od treści poglądów, ale od prostactwa związanego z ich przyjmowaniem, a niestety - łykanie "się" to prostactwo intelektualne, którego nikomu nie życzę.

Podsumowując - byłbym rad, gdyby co niektórzy wyjęli zakurzone mózgi z szafki i zatrzymali się nad tym wszystkim, co myślą i robią, by dowiedzieć się od siebie samych, dlaczego tak się dzieje. Może wtedy zaczną naprawdę myśleć, bo się będzie naprawdę myśleć.

wtorek, 7 października 2008

Mężczyzna w domu

Najczęściej trudno powiedzieć, żeby mężczyzna był w domu. Nie dajcie się zmylić tym, że w tym domu przebywa - wcale to nie znaczy, że on tam jest. Bo być to więcej, niż przebywać.

Problem, o którym chcę napisać, dotyczy tego, że większość mężczyzn nie umie być w domu (nie mówiąc już o tym, że w zniewieściałym społeczeństwie więcej jest chłopców, niż mężczyzn). Są wyprani przez tzw. cywilizację, stereotypy, obrazy z własnego domu rodzinnego i ideały, które nie wiadomo skąd wzięli, nie mówiąc już o głębokiej ignorancji. Są zasadniczo dwa typy domów: 1) dom w postaci męża i żony; 2) dom w postaci męża, żony oraz ich dzieci. Jeśli chodzi o pierwszy typ, to na nieumiejętności mężczyzny do bycia w domu cierpi jego żona. Często problem polega na tym, że mężczyzna częściej jest poza domem, niż w domu, bo np. wykonuje (tzw.) pracę. Zasłania się koniecznością zarobienia na utrzymanie, zostawia żonę w domu samą (z domem na jej głowie), a kiedy już wraca jest zbyt zmęczony, by się w ogóle czymkolwiek zainteresować. Tytuł Żywiciela Rodziny zdaje się być dla niego wymazaniem wszelakich innych win. Wszystko sprowadza się do wzajemnych pretensji o to ("Nic w domu nie zrobisz!") czy o tamto ("Wiesz, gdzie mnie możesz pocałować? Ja pracuję!"), co skutkuje się tylko tym, że mężczyzna domu unika, kobieta musi sobie radzić coraz bardziej sama, a frustracja obojga wzrasta. Dom staje się dla mężczyzny tylko hangarem, z którego wylatuje rano, a wraca wieczorem a i tak niezbyt chętnie - trzeba to trzeba. Podobna sytuacja bywa przy mężczyznach, którzy czują jakąkolwiek misję - wtedy wszystko wymięka przy misji. Może do pewnego momentu żona przymyka oko na to albo sama się pod misja podpisuje, ale prędzej czy później zostaje sama ze sobą, ze swoimi problemami i ze wszystkim, co wymaga zrobienia, a czego mężczyzna pochłonięty misją nie zrobi. O tyle niebezpieczny przypadek, że mężczyzna w misje potrafi być tak zapatrzony, tak ją uświęcać, że czas zacząć się zastanawiać, czy nie powinien był się z misją ożenić. W ten sposób dochodzimy do głębszej kwestii - mężczyzna często po prostu pragnie rzeczy większych i odleglejszych, niż prozaiczny, codzienny dom, przy czym chyba mu się wydaje, że w związku z tym może realizować swoje w gruncie rzeczy żądze, skazując żonę na trwanie samej przy nieciekawej prozie życia. Tak jakby zainteresowanie i zaangażowanie w rzeczy codzienne, ale niezbędne do życia, było czymś uwłaczającym.

Jeszcze dochodzi do tego wszystkiego typ mężczyzn, którzy są po prostu leniwi, a jednocześnie bardzo wytrzymali na pretensje. Mogą też być najnormalniej niedojrzali i w obliczu obowiązku chować głowę w piasek itp. Dodatkowe komplikacje rodzą się przy posiadaniu dzieci, bo wtedy nie dość, że żona ma jeszcze więcej na głowie, to stopniowo dokonuje się tragedia wychowania, a raczej niewychowania. Dzieciom utrwala się niezdrowy obraz mężczyzny: chłopcy biorą zły przykład i będą w przyszłości powielać błędy ojca albo nie będą się umieli zachować po męsku po prostu (bo pozostaną niewychowanymi i nieukształtowanymi chłopcami), dziewczynki z kolei skończą zdezorientowane posiadając nieprawidłowy obraz mężczyzny, nie wiedząc jakiego mężczyzny same szukają, jak również mając poważne braki emocjonalne. A wszystkie dzieci będą miały takie czy inne braki w charakterze czy zachowaniu w stosunkach międzyludzkich - trudno w ogóle obliczyć rozległość szkód, które sytuacja w domu zainicjuje. Po prostu w rzeczywistości dzieci w wielu domach są właściwie półsierotami. Mężczyzna oprócz braku zainteresowania sprawami domu, często nie zajmuje się sprawami osobistymi domowników, co wywołuje wrażenie, jakby był tam pro forma.

W zasadzie na każdym kroku czyha jakaś pułapka, w którą mężczyzna może wpaść niewiedząc kiedy, zapoczątkowując całą rodzinną tragedię. Da się tego uniknąć, ale trzeba chcieć, a i to prawdopodobnie zawiedzie. Tak naprawdę jedynie Bóg może człowieka przed taką degeneracją rodziny i życia domowego uchronić, ale to wymaga ofiarowania Mu swojego życia, posłuchu i wierności. A On wszystko dobrze uczyni.

niedziela, 14 września 2008

Autoportret kulturalny

Pierwsza lekcja WOK-u, wstęp tudzież wprowadzenie i usiłowania prof. żeby było jak najkreatywniej. A potem "zad. dom." - "Autoportret kulturalny". Kilka pytań pomocniczych/wskazówek:

1. Która z dziedzin kultury leży w kręgu mojego zainteresowania?
2. Mój udział w życiu kulturalnym miasta, szkoły etc.
3. Moje propozycje, oczekiwania kulturalne wobec szkoły, lekcji etc.

Nie, nie piszę tego wszystkiego po to, by tutaj na te pytania posłusznie odpowiadać i dzielić się pracą domową, e-e. Przyszło mi po prostu do głowy, żeby wyciągnąć z tych pytań... taką refleksję. No bo przyglądam się pierwszemu i... dlaczego jakakolwiek dziedzina kultury ma leżeć w kręgu mojego zainteresowania? A jak żadna nie leży? A drugie: nie, nie udzielam się np. i co? Tertio: nie mam propozycji i oczekiwań. Chciałoby się rzec, że pytania są tendencyjne, bo wydają się stworzone pod szablonowego człowieka, ot, przeciętnego, nudnego ucznia LO.

A sprawa nie jest taka prosta! Bo zdaje się, że mnie kultura w ogóle nie interere. Chociaż... problem tutaj polega na tym, że pod słowem "kultura" tutaj leży coś zupełnie innego od tego, co ja nazwałbym kulturą. W tym głupim (sic!) zadaniu domowym kultura to łażenie po spektaklach, wystawach, odczytach i takich tam, co by być światłym, obytym, odchamionym i kulturalnym. A może z drugiej strony - za tymi pytaniami stoi taka idea, że żeby być kulturalnym, należy brać "udział w życiu kulturalnym", co oznacza trawienie czasu na wyżej wymienionych bzdurach;* żeby być kulturalnym, trzeba spędzać czas z innymi ludźmi, którzy chcą być kulturalni, takie grupy wsparcia, w których wszyscy będą wzajemnie napełniać się poczuciem ukulturalnienia i spełniania swojego kulturalnego obowiązku. Czyli w sumie krótko mówiąc chodzi o to, żeby napompować sobie tą pseudo-kulturą ego i czuć się usprawiedliwionym wobec wewnętrznego prostactwa oraz rzeczywistej kulturalnej gnuśności, które w środku wciąż są, tylko że teraz pod płaszczykiem, ekhm, kultury.

Ale kultura to nie to, proszę państwa. Kultura to coś, czego nie postawisz w środku życia i będziesz temu oddawał pokłony trawiąc dla tego czas; to też nie żadne zewnętrzne zajęcia, ani aktywizm; nie jest to też coś, co można kupić albo w ogóle dość łatwo zdobyć. Bo ona nie jest dla wszystkich, jest elitarna, bo jest dla tych, co naprawdę chcą. Kultura rodzi się w środku, całkiem niepostrzeżenie i nie jest zaborcza - wkłada się w jej rozwój wysiłek, ale dopiero potem jak urośnie, orientuje się, że się ją ma. Żeby rosła, trzeba dużo myśleć, potem - nauczyć się być odbiorcą, potem - być kreatywnym, jeszcze potem - być twórcą, a na końcu dawcą. Nie, nie trzeba biegać z aparatem po sesjach fotograficznych, nie trzeba nurzać się w glinie, żeby coś wyrzeźbić. To jest tylko ewentualna powierzchnia, bo kultura dzieje się w środku. Ona się nie narzuca - jeśli się narzuca to nie kultura. Po prostu wpisuje się w bycie, wypływa wszelkimi drogami i emanuje. Kultura to coś, co jest, a nie coś co trzeba po sobie pokazać. To nie zalewanie rynku tomikami swoich wierszy, ale zrozumienie ciągłości miedzy byciem a tworzeniem, a także zrozumienie tworzenia. Bo tworzenie odbywa się na wszystkich poziomach - od głupiej myśli po t(nf)zw.** arcydzieła i kiedy jest ciągłe, jest zrozumiane. A są ludzie, którzy tworzyć umieją tylko arcydzieła, na myśli ich nie stać. Czasem wypowiadają jakieś "myśli", które noszą znamiona obrzydliwych arcydzieł, które stały się celem, a nie nośnikiem. Właśnie! Kultura nie jest celem, ale nośnikiem bycia i tworzenia. Nie lubi być w centrum, nie lubi być sensem życia - jeśli ktoś z niej coś takiego robi, mści się na nim, robiąc z niego głupca.
Tylko, co ja na to "zad. dom." napiszę? Może... hm... "Dużo by pisać"? Heh.

* Nie chcę nikogo obrażać, e-e. Jak ktoś lubi takie rzeczy, niech zwiedza teatry i różne współczesne "jarmarki" dla światłych regularnie.
** tak niefortunnie zwane

piątek, 5 września 2008

Prīncipium commentāriī

W ten sposób zaczynam nowego bloga. A będzie tu o wszystkim i o niczym. Właściwie o wszystkim na temat czego zrodzi mi się w głowie komentarz - a o to łatwo. W codziennym życiu napotykam tyle sytuacji, zdarzeń, osób i zjawisk, które wzbudzają we mnie refleksje mniej lub bardziej burzliwe, że w sumie chciałbym je jakoś utrwalić, a to chyba dobre miejsce, bo nie dość, że moje myślowe erupcje nigdzie mi się nie stracą, to jeszcze może ktoś będzie mógł skomentować mój komentarz do rzeczywistości.

Przy okazji jest to miejsce, gdzie mogę sobie poużywać to tu, to tam łaciny :) Swoją drogą, wiecie, że mój słownik podaje znaczenie słowa commentārius jako "pamiętnik; zapiski, notatki"? Ciekawe spojrzenie na pamiętnik przez pryzmat polskiego znaczenia slowa "komentarz". W każdym razie - blog nosi nazwę Videmēcum, czyli "zobacz ze mną" - zobacz ze mną moimi oczami. Tak, to będzie subiektywny blog. I chyba всё.